Ceremonia hjerbaciana (DW style, banzai!).

Posted in Żywot ssający with tags , , on 24/10/2012 by akane171

Tragikomedia studencka w jednym akcie. Miejsce akcji – sala wykładowa. Interakcja – facebook. Postacie czynne – kilku głodnych studentów z głupawką i dostępem do Internetu oraz prowadząca wykład Doktor K. Postacie bierne – kilkunastu głodnych i ziewających studentów bez dostępu do Internetu. Sytuacja (wybitnie!) tragiczna – wykład (drugi tego dnia…) Doktor K. na temat szeroko pojętej estetyki Kraju Więdnącej Wiśni.

K – Sztuka tybetań… japońska wiecznie żywa jak widzę, słyszę i ziewam ==’

ANŻ –  Inna przestrzeń <3<3 marzenie

Magdalen –  Czarka, czarka gdzie jest czarka z KAWĄ, omg

K – Pieprzyć inne wymiary, ja do wiadomo kogo strzelam z łuku, zatapiam w smole i zakopuję w kopcu mięsożernych mrówek z dżungli… Kawa wyciekła bo czarka była najwyższej wartości i była PĘKNIĘTA :<

Magdalen – <rozbija czarki na czyjejś głowie>

K – BANZAI!!!!

Alex – Chyba mnie coś omija :P:P Pogrążam się w innym wymiarze :PP

K – Mnie życie omija na tych zająceiach :<

Alex – Nooo, mogłabyś spać w ciepłym łóżku i śnić o samozdających się kanji :P:P

K – Samozdające, samopiszące i samozapamiętujące <3

ANŻ – 10 minut w sekretariacie dało mi więcej niż godzina 15 tutaj… (faktycznie tam była – dop.)

K –  Czarna dziura :(

ANŻ  – Powinni nam teraz odciąć Internet xD

K – Ja pierdzielę, wypluj to!!!

ANŻ –  hue hue hue *masochista mode on*

Ming – PUŚCI NAM BAJKĘ?

(Pani Doktor puszcza filmik o ceremonii herbacianej… po japońsku… bez napisów… jakichkolwiek…)

K – Po japońsku!!! Ming, ucz się kanjiów!

Ming – *uczy się* Słyszałam….shimasu

(Na ekranie pojawia się smakowcie wyglądające żarcie)

ANŻ – Jadłabym.

Ming – …..desu

K – Dźgałabym pałeczkami <3<3

Ming – Zwróćcie uwagę na bladoróżowe kimono siwego pana. Niezrównane wrażenia estetyczne

ANŻ  – Tego kwiatka też się je?

Ming – I czarkę

Ming – Sznurki też

K – Sznurki się wsysa jak makaron

ANŻ –  Glina powinna być strawialna, laka gorzej

(Na ekranie pojawia się kaligrafia najwyższej klasy)

Ming –  Nawet ja napisałabym ładniejsze znaki

K – Jak się odpowiednio zaleje alkoholem to się wszystko strawi. Zwróćcie uwagę jak mu się estetycznie tłuste czoło świeci!!!

Ming – Zajebiste pałeczki

ANŻ –  Jedzenie *-*

(Pan na filmie wali w gong)

Ming – Jebnę dzwonka… jebłem

K – Pan Yamashita wygląda smakowicie

Ming –  Pan w różu ma trwałą ondulację! moja babcia taką miała!

ANŻ – 魚が大好きです。

K – Kurde, wpieprzyłabym go nawet w kimonie

Ming – Ej, tego jeszcze nie umiem przeczytać, fakju!

ANŻ –  ucz się, ucz :D:D

K – Bo nauka to klucz do pawilonu herbacianego!

Ming – Wciągnęłam się w to

ANŻ  – Siorbanie jest takie hipnotyzujące

Ming – Ta pani ma fajny głos *_*

K – To „Ano ano ano…ano…aNo…ano…” też hipnotyzuje

ANŻ – To takie niepasujące do japońskiej kobiety :D:D

Ming – Czy te drzwi obok mnie mogą być wnęką? jestem honorowaym gościem (Miejsce tuż obok wnęki z kaligrafią jest honorowe. Ming siedzi trzy krzesła od drzwi – dop.)

ANŻ – A. siedzi bliżej, jest więc gościem najważniejszym.

Ming –  Nie, bo ja jestem bliżej honorowej Doktor K.

K –  No ja bym nie była zbyt zachwycona tą bliskością… Wiesz, że jak człwoiek mówi normalnie to pluje na dwa metry??

Ming –  To jest honorowe splunięcie, kiedy wyląduje na lewym policzku to zaszczyt podwójny

K – Nie będziesz myć przez dwa tygodnie

ANŻ – tzw. Ohara :D:D suchar, bo jestem głodna

Ming – Brace yourselves, winter is coming

K – The Others!!!! (w skórze Doktor K)

Ming – XDD jezusy wyobraziłam ją sobie w koku i kimonie, zmroziło mnie

K – Ming, zlituj się, będę mieć koszmarzyska w nocy T_T

悲しみ

Posted in Żywot ssający with tags , , on 23/04/2012 by akane171

Jeszcze jakiś czas temu wypłakiwałam oczy w mojego tygryska (jedyny mężczyzna w moim życiu) wieszcząc sobie chude miesiące. Powodem miał być urodzaj w postaci śmierdzących nowością płyt, spod znaków: albo kupię i skończę na diecie dżemowo-chlebowo-ryżowej, albo nie kupię i wypłaczę sobie oczy. Jakimś dziwnym trafem wszystkie wyczekiwane płyty jak na złość postanowiły wyjść jedna po drugiej, skutecznie wyciskając mój portfel (żeby jeszcze było co wyciskać, bub). Takim o to sposobem trzeba delikatnie obchodzić się z Kazmierzami Wielkimi i Władziami Jagiełłami, zbierając ich na Xandrię, Delain i Sonatę Arcticę… Chociaż po dzisiejszym zapoznaniem się z singlem tej ostatniej, powoli przestaję się martwić o możliwe niedobory żywieniowe, które dopadną mnie w maju. No bo cóż, nowy klip Sonatki, jest dziwem nad dziwy (powstrzymuję się od użycia pewnego popularnego słówka na g…) i jeśli reszta piosenek będzie podobna to… Niby Tony to dalej Tony i nawet śpiewa jak Tony! (nawet wrócił do bordowej łepetyny) ale cosik umyka całości. Chłopaki nigdy nie były wirtuozami mocnego pieprznięcia, ale zawsze słychać było ten metalowy pazur w ich graniu. A w najnowszym singlu, no cóż, pazur wylądował chyba na fotelu u manicurzystki (czy jak to się tam pisze). A raczej wpakowała go tam wytwórnia Nuclear Blast, szumnie zwąca się: The world`s biggest independent Heavy-Metal Label. Eche. Wytwórnia koncertowo załatwiła już kilka niezłych zespołów, które obecnie leżą na mym cmentarzysku bandów zarżniętych. Aż strach pomyśleć co się może stać z kolejnymi zespołami pod skrzydłami NB :< Obawiam się, że jeszcze torchę i zaczną być różowo radioaktywne. Ech.

A tu najnowsza Sonata Arctica (12 tysięcy obejrzeń w jeden dzień. ECH).

http://www.youtube.com/watch?v=NlJP4xNGg4c

Yi yip yip!

Posted in Żywot ssający on 21/04/2012 by akane171

Yi yip yip!

Panie z kas z Tesco (ale też innych) pytając mnie o dowodzik są nieustającymi powodami mojego dobrego humoru. Szczególnie ich miny gdy zerkają na datę mych szacownych urodzin i okazuje się, że odmłodziły mnie o skromne 7 lat ;P Widać, nie tylko czuję się jak 17 ale i wyglądam. W trzydzieste urodziny pójdę do sklepu w kucykach. Jestem bardzo ciekawa czy sytuacja się powtórzy xD

Drugim powodem nieustannej radości jest poniższy filmik. Yip yip yip!

http://www.youtube.com/watch?v=hgEJZ1dFCog

 

 

Schizofrenię raz proszę

Posted in Żywot ssający with tags , on 12/04/2012 by akane171

Tak dla jaj (w końcu święta były niedawno) zrobiłam sobie enneagramowy test osobowości. Robiłam go kiedyś dawno, jeszcze za czasów okrutnej polonistyki. Z tego co pamiętam, a z tamtego okresu pamiętam niewiele, wyszła mi bodajże osobowość numer 9 z czymś tam. Teraz wyszła mi piątka w czwórce (jakkolwiek to brzmi), z czego się bardzo cieszę. Szczególnie podoba mi się opis z czym teoretycznie mam problem. Oprócz możliwości wpadania w schizofrenię (raczcie zauważyć, że kiedyś wyszła mi dziewiątka, a raczej nie powinno mi się nic w kwestii osobowości zmieniać ;P), emocjonalnych problemów i odizolowania nadszedł mój ulubiony moment: „Zwyczaj odcinania się od własnych emocji, staje się tak doskonały, że bardzo niezdrowe piątki tracą kontakt z rzeczywistością, rozwijając dziwne fobie niewidzialnych bakterii i być skorym do halucynacji. Agresywne zachowania są bardzo prawdopodobne, następując po ostrej paranoi”*.  Szczególnie ta paranoja chwyciła mnie za serce ;] Nie wiem czy jestem „bardzo niezdrowa” ale się STARAM. Czekam więc z niecierpliwością na halucynacje (jakiś gołych facetów poproszę!) i kozackie najazdy drobnoustrojów.

A kończąc optymistycznym akcentem, dawno odkryta lecz z dawna zapomniana piosnka na dobry humor (albo na tęczowy rzyg, jeśli słucha się więcej niż trzy godziny w pętli…). Piosnka z czołówki Startrek Enterprise!

Nie, jednak nie skończę optymistycznie. Czemu kanji z kolosa na kolosa robią się coraz bardziej PORĄBANE? T_T

*źródełko: http://www.enneagram.pl/

Wesołych Świąt!

Posted in Żywot ssający on 09/04/2012 by akane171

Trochę późno, ale cóż. Ja i poniższe jajo (ktoś poznaje ten wąsik?) życzymy wszystkim Wesoooołych Świąt!

p.s. jajo zostało pierw znokautowane łyżeczką, obdarte ze skorupki i skonsumowane z majonezem. Zaprawdę powiadam wam, karman ssie! ;D

 

God Gave Me Everything I Want ;)

Posted in Żywot ssający with tags , , on 17/09/2011 by akane171

Wpis wysoce niestrawny! Będzie w nim dużo samouwielbienia, nieskładności, nieobiektywizmu i dobrego humoru. Napisany z potrzeby upamiętnienia… obrony wyrąbistej! I w celu odnalezienia własnego żołądka :)

Trzy lata temu, gdy siedziałam pośród 120-osobowego tłumu, z którego do końca miała dotrwać połowa, a duża część miała okazać się bombowymi ludźmi (w imię zasady, że mam szczęście do ludzi ;D), kołatało mi się po pustej głowie, że wylądowałam tam na trzy długieeeeee lata. W tamtym momencie perspektywa wydawała mi się wybitnie dołująca. No ale wywalenie z polonistyki też odbierałam jako tragedię życiową, a po czasie oprawiłam list informujący mnie o wykreśleniu z listy studentów w ramki… Jak więc widać, pespektywa moi mili, perspektywa robi różnicę.

Ale, ale trzy lata minęły, a ostatni miesiąc zleciał na pisaniu i pierdylionie poprawek mojej kochanej… pracy licencjackiej. Jeśli kiedyś wymyślicie sobie wziąć za promotora sekretarza kardynała diecezji krakowskiej, to się zastanówcie. Dwa razy. Przebijanie się przez zasieki portierów (z których jeden tylko śmiał się pod nosem jak mnie widział pod drzwiami) były zabawne, prawie tak jak odszyfrowanie zapisków, zapisanych wprawną ręką Promotora, dotyczących poprawek. Moja siostra, z kilkuletnim stażem jako polonistka w podstawówce miała PROBLEMY z odczytaniem. Ale mimo tego, nie wyobrażam sobie pisać tej pracy u kogoś innego ;) Będę wielbić do końca mej egzystencji. Mój Promotor był najjaśniejszym punktem podczas całego etapu rodzenia pracy. A rodziła się w bólach gdyż niżej podpisana, naukowym językiem operować NIENAWIDZI.

Drugim najjaśniejszym punktem, o dziwo!, była sama obrona.  W komisji, drogi Promotor; recenzentem kochany człowiek, przed którym niestety niżej podpisana najczęściej robiła z siebie kretyna, no i postrach trzeciego roku, specjalista od filmów (a moja praca, z filmu…). Echem. No ale zgubiłam pod drzwiami żołądek, wlazłam do sali, klapłam na krzesło i czekam na rzeź. A tu pierwsza salwa artyleryjska poszła od strony Promotora. Oczywiście jak to u mnie w zawstydzającej normie, myśl wyprzedziła język i zostawiła go hen, w oddali. A jęzor, pozostawiony sam sobie wygłosił bełkot. Ale chyba do pzrełknięcia, gdyż nastapiło kolejne pytanie. Teraz armaty wycelował specjalista od fimów, dr. hab. B. I tu mogło być Waterloo. Ale o dziwo nie było. Pytanie z cyklu dzisiejsza sztuka a moralność, wpasowała się ślicznie w dzisiejszy pejzaż medialnego szaleństwa wokół pana A. Darskiego, Nergalem zwanego. I ostatnie pytanie, które… o dziwo też siadło. Potem wyszłam i po raz pierwszy wykazałam się elokwencją, gdy na pytanie reszty zestresowanej trzódki odpowiedziałam: Eee, luzik!

Potem wróciłam i znalazłam się w innym wymiarze. Bo komisja zaczęła mi słodzić. Dosłownie. Jaki to ciekawy temat, jak po rozszerzeniu nadaje się na magisterkę, jak dobrym i czytelnym językiem (!!!) napisana. A już padłam jak doktor B. powiedział, że w dopiskach przy recenzji, napisał sobie że praca zasługuje na wyróżnienie! Chrzanić żołądek! Gdzie moja zwisająca szczęka się podziała?! Chyba w życiu tak nie spłoniły mi się uszy  O_O

Potem wyszłam, z piątką!, i powiedziałam sobie, że to przedostatni raz jak oglądam mury tej szacownej uczelni (ostatnim będzie odebranie dyplomu).  I się trochę smutno zrobiło… Ogólnie piętnaście egzamów na sesję ryje mózg (nic nie pamietam z sesji, dosłownie nic, same urywki), soboty na uczleni, gdy cały tydzień ma się zajęcia to mord, niektóre przedmioty wkurzały mnie jak diabli (diabli nie jest tu dobrym wyrażniem, oj nie jest i to nie tylko ze względu na profil uczelni…), ale kurde! Fajnie było! Nie mówię, że będę płakać w poduszkę z tęsknoty, ale ludzie fajni, wykładowcy fajni, zajęcia (no, nie wszystkie ale pokażcie mi studenta zadowolonego z wszystkich swoich zajeć?) fajne. Ogólnie, to był dobry wybór. Na pewno dużo lepszy niż polonistyka UJ, specjalność nauczycielska ;P

Humoru przez długi, długi czas nie zepsuje mi nawet świadomość, że od października czeka mnie kolejne pisanie, kolejnej pracy licencjackiej ;P A przynajmniej mam taką nadzieję ;]

I na pożeganie ;D

Umba, umba, umba!

Posted in Żywot ssający with tags , , on 04/08/2011 by akane171

Opis weekendu czyli tragedia utopiona w deszczu, zalana alkoholem i dobita taką jedną pindą. A było tak…

Zerwałam się z wyra w sobotę, o okrutnej jak na tę porę roku, godzinie 7. Zebrałam się do kupy, ubrałam w ukochaną, wyglądającą jak wyrwaną z krowiego już nie gardła ale żołądka, bluzę i ojciec zawiózł mnie na autobus. Na dworcu ludzi jak mrówków (więcej mamusia nie miała..?) i oczywiście czekają na ten sam bus do Krakowa. I zaczęło lać i wiać, aż mi się zrobiło zimno (MI! Pingwinowi z arktycznych wód!!!). Umba.

Nadjechał autobus z Muszyny, oczywiście zapchany gdzieś do połowy. I tu mała, nieciekawa acz ważna uwaga. Bilety kupuje się w kasach w Muszynie i Krynicy i teoretycznie siada na miejscach zgodnie z numerami na biletach. Teoretycznie, bo w Muszynie część ludzi kupuje u kierowcy (czyli już bez numerków) i siada gdzie popadnie. Wracając do historii. Bus zajeżdża na dworzec krynicki, ludzie się rzucają, ja się wpycham, tzrepocząc rzęsami i korzystając chamsko z kuli przy nodze i sadowię się jak najdalej się da, bo wiadomo że zaraz przylezie jakiś babol z wygimnastykowaną sztuczną szczęką i bardzo „kulturalnie” i głośno oświadczy mi, że siedzę na JEJ miejscu. Nie wiem czy to przez to, że Krynica jest miastem uzdrowiskowym i zjeżdżają tu same specyfiki, którym się zbiera żółci przez rok i muszą ją gdzieś wylać… no ale w dupę jeża, po wczasach powinny być (no nie milsze, bez przesady!) ale mniej wrzaskliwe? A tu umba! Pary w płucach jak w elektorwni w Jaworznie.  No ale mnie ta radosna szopka ominęła, niestety jakiś biedak se siadł. I został przesiedlony w trybie ekspresowym. Chowa się akcja Wisła. Umba!

Obok mnie zasiadł jakiś sympatyczny, gadatliwy starszy jegomość. Po jego konwersacji ze stojącymi sąsiadami wniosłam, że jakby mu się zachciało zagadać do mnie, to straciłabym głos gdzieś koło Brzeska. Założyłam więc słuchawki i twardo udaję że śpię. Gdzieś koło Brzeska (…) szyja wyła mi z bólu, ale to tylko tak na marginesie. Umba!

W Sączu mieliśmy kilunastominutowty przystanek w serwisie bo coś się s… echem, zepsuło i musieli naprawić. Umba!

W Krakowie, jak wiadomo, dworce pks i pkp są obok siebie. Jak wjeżdżaliśmy na dworzec, równolegle z nami wjeżdżał pociąg z (nazwałabym ich kibicami ale się NIE DA) kibolami, zachowującymi się jak na ich przystało, czyli jak stado naćpanych bananami małp. Policji z psami w cholerę i trochę, o umundurowaniu jak na wojnę nie wspominając. Bomba (na szczęście tylko w przenośni). Na całe szczęście jakoś zwiałam. Gubiąc jęzor i płuca, udało mi się dolecieć do galerii i nie miałam do czynienia z wesołą menażerią.

Poleciałam na 19, która przyjechała po 5 minutach. Sukces? A GDZIE TAM! Za Pocztą Główną, cholera pojechała pod Wawel. Zmienili jej trasę, umba. To wysiadłam sobie na Stradomiu z zamiarem złapania  128…, którego tyłek mignął mi tylko jak odjeżdżał z przystanku. Następny za pół godziny. Umba. No to lezę na Grunwaldzkie, w końcu nie daleko. A tam… Przystanek zamknięty. Stoję tam jak ten cieć i tylko słychać stukot mojej szczęki odbijającej się od chodnika. No dobra, w końcu znalazłam przystanek. Ludzi w cholerę, lać zaczęło. Parasol? Hahahaha… Został w domu. Nadjechał bus, wpakowałam się z walizą, jedzie, jedzie i nie skręca w Kobierzyńską. Hm. Czyżby wyremontowali już Grota-Roweckiego? Tak! Spoko, różnica jednego przystanka, dużo dłużej nie będzie, jakieś… Pół godziny bo oczywiście korek (w sobotę o 13, trzeba mieć szczęście, nie?). Umba.

Dojechałam!! Wlazłam do mieszkania, które miałyśmy oddać w ręce właścicielki (zwanej później pindą) następnego dnia. I cóż. I no bajzel. Łazienka do mycia. Kuchnia do mycia. Lodówka do rozmrożenia, mycia i wywalenia w cholerę żarcia (będę mordować we wrześniu, gotować się miłe panie!). No ale, to mnie czekało dnia następnego, teraz trzeba było wywieźć walizkę książek do kochanego Ogrzyka, mieszkającego na drugim końcu Krakowa. Co też uczyniłam, marnując trzy bilety bo jestem debil, ale no cóż, taki dzień. Przy okazji zrobiłam sobie dziury w nowej, pierwszy raz założonej (!) metalowej koszulce Sonaty Arctici (!!), która była droga jak jasna cholera (!!!). Umba do kwadratu. Zataszczyłam cholerstwo do koleżanki, a od niej na wieczorek panieński, który był zakręcony jak lody włoskie, ale był rzadkim w tym dniu promieniem słońca. Albo raczej kroplą (kroplichą?) alkoholu. Grunt że było fajnie, ale cóż z tego jak się trzeba było zbierać o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Mieszkało czekało. Umba.

Rano wstałam (ten fakt należy odnotować: wstałam! Nie wyczołgałam, spadłam, zleciałam ale WSTAŁAM!) z wyra o spartańskiej 8 rano. I posprzątałam, że mucha nie siada. I co z tego. Właścicielka, zwana od teraz pindą, nie raczyła dać znaku życia. Nie odpowiadała na smsy, telefony. Umba… No ale spoko, musiałam zrobić dwa kursy do siostry z górą rzeczy. Spoko, zgubiłam jakiś kilogram tłuszczu, ale rzeczy dowiozłam. Ha! Ma się te płuca..! Do wyplucia… Echem.  Przyjechała współlokatorka z ojcem (który prawie dostał zawału na widok ilości RZECZY), a pindy nie ma. Dzwonimy, nie odpowiada. Z innego telefeonu, nie odpowiada. Smsy? Zapomijcie. Przyjaciół-sąsiadów nie ma, albo się zamelinowali jakby ich nie było. Kumpela pojechała, ja zostałam na włościach. Pisze do pindy, że rano wyjeżdżam i żeby szanownie dała znak życia. Ostatecznie może dostała zapalenia wyrostka robaczkowego (albo on nie wytrzymał z taką pindą…) i leży gdzieś w szpitalu. Dalej, cisza. To się zebrałam rano i wybyłam do domciu.

Dojechałam, zjadłam obiadek, zostałam wymęczona przez bratanicę. Wracam do pokoju, biorę telefon, a tam smsik. Zgadnie ktoś od kogo? Nie, chciałabym żeby to był Johny Deep, ale niestety. Pinda wstała z grobu i się pyta czy dziś możemy się spotkać i czy chcemy zostać na przyszły rok. Ha ha ha. Nieeeee, nie wyrzuciłam telefonu przez zamknięte okno, ale miałam ochotę. Dzwonię, oczywiście nie odbiera. To jej kulturalnie i eufemistycznie napisałam, że mnie może w dupę pocałować bo teleportów jeszcze nie zbudowali, a ja się nie zmaterializuję w godzinę sto kilometrów dalej. Pinda obesemosowała wszystkie współlokatroki z tym samym debilnym pytaniem. Napisałam, że jak chce, możemy być jutro, odpisała po jakiś 3 godzinach, że niestety nie może (to był cytat). Stanęło, że da nam dwa dni wcześniej znać, kiedy się możemy zjawić. Albo chyba, bo na ostatniego smsa jakoś dziwnie i zaskakująco nie odpowiedziała. O co chodzi pindzie? O kaucję. Chce wymusić, żebyśmy jej zapłaciły nią za sierpień, na bank. Trzeba ją chyba uświadomić jak się spotkamy, co to takiego skarga do skarbówki. I jak mangę kocham, poupycham jej po mieszkaniu ziemniaki w takich miejscach, że ich nie znajdzie. A jak zaczną gnić to tego mieszkania przez dekadę nie wynajmie.

Obawiam się, że istnieje specjalne piekło dla takich jak ja. Znając moje szczęście, w kociołku obok będzie gotować się pinda. Umba.