Umba, umba, umba!
Opis weekendu czyli tragedia utopiona w deszczu, zalana alkoholem i dobita taką jedną pindą. A było tak…
Zerwałam się z wyra w sobotę, o okrutnej jak na tę porę roku, godzinie 7. Zebrałam się do kupy, ubrałam w ukochaną, wyglądającą jak wyrwaną z krowiego już nie gardła ale żołądka, bluzę i ojciec zawiózł mnie na autobus. Na dworcu ludzi jak mrówków (więcej mamusia nie miała..?) i oczywiście czekają na ten sam bus do Krakowa. I zaczęło lać i wiać, aż mi się zrobiło zimno (MI! Pingwinowi z arktycznych wód!!!). Umba.
Nadjechał autobus z Muszyny, oczywiście zapchany gdzieś do połowy. I tu mała, nieciekawa acz ważna uwaga. Bilety kupuje się w kasach w Muszynie i Krynicy i teoretycznie siada na miejscach zgodnie z numerami na biletach. Teoretycznie, bo w Muszynie część ludzi kupuje u kierowcy (czyli już bez numerków) i siada gdzie popadnie. Wracając do historii. Bus zajeżdża na dworzec krynicki, ludzie się rzucają, ja się wpycham, tzrepocząc rzęsami i korzystając chamsko z kuli przy nodze i sadowię się jak najdalej się da, bo wiadomo że zaraz przylezie jakiś babol z wygimnastykowaną sztuczną szczęką i bardzo “kulturalnie” i głośno oświadczy mi, że siedzę na JEJ miejscu. Nie wiem czy to przez to, że Krynica jest miastem uzdrowiskowym i zjeżdżają tu same specyfiki, którym się zbiera żółci przez rok i muszą ją gdzieś wylać… no ale w dupę jeża, po wczasach powinny być (no nie milsze, bez przesady!) ale mniej wrzaskliwe? A tu umba! Pary w płucach jak w elektorwni w Jaworznie. No ale mnie ta radosna szopka ominęła, niestety jakiś biedak se siadł. I został przesiedlony w trybie ekspresowym. Chowa się akcja Wisła. Umba!
Obok mnie zasiadł jakiś sympatyczny, gadatliwy starszy jegomość. Po jego konwersacji ze stojącymi sąsiadami wniosłam, że jakby mu się zachciało zagadać do mnie, to straciłabym głos gdzieś koło Brzeska. Założyłam więc słuchawki i twardo udaję że śpię. Gdzieś koło Brzeska (…) szyja wyła mi z bólu, ale to tylko tak na marginesie. Umba!
W Sączu mieliśmy kilunastominutowty przystanek w serwisie bo coś się s… echem, zepsuło i musieli naprawić. Umba!
W Krakowie, jak wiadomo, dworce pks i pkp są obok siebie. Jak wjeżdżaliśmy na dworzec, równolegle z nami wjeżdżał pociąg z (nazwałabym ich kibicami ale się NIE DA) kibolami, zachowującymi się jak na ich przystało, czyli jak stado naćpanych bananami małp. Policji z psami w cholerę i trochę, o umundurowaniu jak na wojnę nie wspominając. Bomba (na szczęście tylko w przenośni). Na całe szczęście jakoś zwiałam. Gubiąc jęzor i płuca, udało mi się dolecieć do galerii i nie miałam do czynienia z wesołą menażerią.
Poleciałam na 19, która przyjechała po 5 minutach. Sukces? A GDZIE TAM! Za Pocztą Główną, cholera pojechała pod Wawel. Zmienili jej trasę, umba. To wysiadłam sobie na Stradomiu z zamiarem złapania 128…, którego tyłek mignął mi tylko jak odjeżdżał z przystanku. Następny za pół godziny. Umba. No to lezę na Grunwaldzkie, w końcu nie daleko. A tam… Przystanek zamknięty. Stoję tam jak ten cieć i tylko słychać stukot mojej szczęki odbijającej się od chodnika. No dobra, w końcu znalazłam przystanek. Ludzi w cholerę, lać zaczęło. Parasol? Hahahaha… Został w domu. Nadjechał bus, wpakowałam się z walizą, jedzie, jedzie i nie skręca w Kobierzyńską. Hm. Czyżby wyremontowali już Grota-Roweckiego? Tak! Spoko, różnica jednego przystanka, dużo dłużej nie będzie, jakieś… Pół godziny bo oczywiście korek (w sobotę o 13, trzeba mieć szczęście, nie?). Umba.
Dojechałam!! Wlazłam do mieszkania, które miałyśmy oddać w ręce właścicielki (zwanej później pindą) następnego dnia. I cóż. I no bajzel. Łazienka do mycia. Kuchnia do mycia. Lodówka do rozmrożenia, mycia i wywalenia w cholerę żarcia (będę mordować we wrześniu, gotować się miłe panie!). No ale, to mnie czekało dnia następnego, teraz trzeba było wywieźć walizkę książek do kochanego Ogrzyka, mieszkającego na drugim końcu Krakowa. Co też uczyniłam, marnując trzy bilety bo jestem debil, ale no cóż, taki dzień. Przy okazji zrobiłam sobie dziury w nowej, pierwszy raz założonej (!) metalowej koszulce Sonaty Arctici (!!), która była droga jak jasna cholera (!!!). Umba do kwadratu. Zataszczyłam cholerstwo do koleżanki, a od niej na wieczorek panieński, który był zakręcony jak lody włoskie, ale był rzadkim w tym dniu promieniem słońca. Albo raczej kroplą (kroplichą?) alkoholu. Grunt że było fajnie, ale cóż z tego jak się trzeba było zbierać o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Mieszkało czekało. Umba.
Rano wstałam (ten fakt należy odnotować: wstałam! Nie wyczołgałam, spadłam, zleciałam ale WSTAŁAM!) z wyra o spartańskiej 8 rano. I posprzątałam, że mucha nie siada. I co z tego. Właścicielka, zwana od teraz pindą, nie raczyła dać znaku życia. Nie odpowiadała na smsy, telefony. Umba… No ale spoko, musiałam zrobić dwa kursy do siostry z górą rzeczy. Spoko, zgubiłam jakiś kilogram tłuszczu, ale rzeczy dowiozłam. Ha! Ma się te płuca..! Do wyplucia… Echem. Przyjechała współlokatorka z ojcem (który prawie dostał zawału na widok ilości RZECZY), a pindy nie ma. Dzwonimy, nie odpowiada. Z innego telefeonu, nie odpowiada. Smsy? Zapomijcie. Przyjaciół-sąsiadów nie ma, albo się zamelinowali jakby ich nie było. Kumpela pojechała, ja zostałam na włościach. Pisze do pindy, że rano wyjeżdżam i żeby szanownie dała znak życia. Ostatecznie może dostała zapalenia wyrostka robaczkowego (albo on nie wytrzymał z taką pindą…) i leży gdzieś w szpitalu. Dalej, cisza. To się zebrałam rano i wybyłam do domciu.
Dojechałam, zjadłam obiadek, zostałam wymęczona przez bratanicę. Wracam do pokoju, biorę telefon, a tam smsik. Zgadnie ktoś od kogo? Nie, chciałabym żeby to był Johny Deep, ale niestety. Pinda wstała z grobu i się pyta czy dziś możemy się spotkać i czy chcemy zostać na przyszły rok. Ha ha ha. Nieeeee, nie wyrzuciłam telefonu przez zamknięte okno, ale miałam ochotę. Dzwonię, oczywiście nie odbiera. To jej kulturalnie i eufemistycznie napisałam, że mnie może w dupę pocałować bo teleportów jeszcze nie zbudowali, a ja się nie zmaterializuję w godzinę sto kilometrów dalej. Pinda obesemosowała wszystkie współlokatroki z tym samym debilnym pytaniem. Napisałam, że jak chce, możemy być jutro, odpisała po jakiś 3 godzinach, że niestety nie może (to był cytat). Stanęło, że da nam dwa dni wcześniej znać, kiedy się możemy zjawić. Albo chyba, bo na ostatniego smsa jakoś dziwnie i zaskakująco nie odpowiedziała. O co chodzi pindzie? O kaucję. Chce wymusić, żebyśmy jej zapłaciły nią za sierpień, na bank. Trzeba ją chyba uświadomić jak się spotkamy, co to takiego skarga do skarbówki. I jak mangę kocham, poupycham jej po mieszkaniu ziemniaki w takich miejscach, że ich nie znajdzie. A jak zaczną gnić to tego mieszkania przez dekadę nie wynajmie.
Obawiam się, że istnieje specjalne piekło dla takich jak ja. Znając moje szczęście, w kociołku obok będzie gotować się pinda. Umba.
05/08/2011 @ 13:53
Twoja złość na kobietę jest jak najbardziej uzasadniona :))
Też bym miała dosyć po takim ciężkim dniu….
Poza tym :D jak zwykle świetnie się ubawiłam czytając Twój kolejny wpis
05/08/2011 @ 17:32
Dzięki, chociaż wolałabym aby powyższy wpis był mniej oparty na faktach ;P