Posesyjnie

W końcu, po miesiącu obijania się, nicnieróbstwa i regenującej wegetacji czas na podsumowanie sesji (Chyba słodkie opieprzanie trwało troszkę za długo, gdyż właśnie napisałam podsÓmowanie. Komentarz zbędny…). Na całe szczęście nie była to najgorsza sesja w moim studenckim życiu (chociaż kto wie? obrona przede mną), 10 egzaminów to po doświadczeniach ostatniego roku prawie wakacje…. (Tja jasne, NIGDY WIĘCEJ!!!)

Echem, wracając do tematu. Chyba każdy z nas, biednych studiujących przeżył (albo i nie, kwestia sporna) egzamin, który będzie z łezką w oku opowiadał swoim wnukom. Mój przeżyłam w tym roku. A było to tak:

Po dwugodzinnych męczarniach pisemnych z angola (jeśli kiedykolwiek zachce mi się jeszcze raz poziomu C1, niech mnie ktoś miły kopnie w mój durny zad, proszę…), poczłapałam na pierwszy, ustny termin z metodologii badań społecznych (brzmi tak samo cudnie jak się tego uczyło, zapewniam…). Pod pokojem zeznań siedziała już duża grupka znajomych skazańców w stadium lekkiej głupawy, pierwszy skazaniec spowiadał się ze swej niewiedzy doktorowi G.

Tu warto zaznazyć, że egzamin teoretycznie był prosty jak barszcz. Wchodziło się pojedyńczo (więc automatycznie robiło się bałwana przed jednoosobową widownią i nie było niebezpieczeństwa dostania uwalającego pytania spadkowego, kochanego przez wszystkich studentów). Można było mieć ze sobą również własnoręczne notatki z wykładów i szperać w nich gdy się nie znało odpowiedzi. Tylko debil by nie zdał? Otóż NIE. Zeróweczkę oblało kilku delikwentów, którzy dostali pytania niby z wykładu, ale raczej z kosmosu, po których zostali zaproszeni na kolejny termin. Warto zaznaczyć, że doktorantka, z którą mieliśmy ćwiczenia i która siedziała z nami przed egzaminem, sama wywaliła gały na niektóre pytania (a potem poszła do kantorka, pogrzebała w internecie i przyniosła nam wydrukowane odpowiedzi. Czynem tym prawie zamazała nadany jej tytuł najbrdziej czepiającej się kobiety ever).

Jednak jak do tej pory wszyscy przesłuchiwani wyłazili spoceni, na chwiejnych nogach ale co najmniej z trójami. Łatwo się domyślić, że doktor G. nie chciał oglądać naszych paskudnych gęb we wrześniu. Trudno mu się dziwić.

W miarę trwania egzaminu pytanai robiły się jednak coraz “ciekawsze”, doktorantka częściej kursowała do kantorka, a my mieliśmy coraz bardziej głupawe miny. Trudno się dziwić, że w końcu korytarz rozbrzmiał nuconym i wystukiwanym Marszem Imperatora z Gwiezdnych Wojen.

Do pokoju weszła w końcu dziewczyna, którą z dobroci serca puściłam przed sobą (była godzina 20.15), a sama zajęłam się uspokajaniem żołądka. Dziewczę wyszło w końcu z “ledwo tróją”, blade jak trup, a ja przywitałam się z wrześniem i weszłam do pokoju zeznań.

Gdzie przywitało mnie otwarte na oścież okno, muzyczka grana z komuptera (!) i uśmiechnięty (!) doktor G. Położyłam notatki przed sobą i przygotowałam się na pytanie z definicji nominalnej, mylącej mi się z realną, która to rąbała się z całym tabunem innych, robiąc mi z  mózgu niezłą sałatkę. A doktor G., z uśmiechem (!) zapytał się jakbym zdefiniowała pojęcie planety.

Niżej pospisana wydukała ładną regułkę kojarzoną ze szkoły (jako że astronomia była jedyną częścią fizyki, na której nie czułam się jak blondynka, którą jestem). Ślicznie, co to więc jest Układ Słoneczny. Składa się z 9 planet, wypaliłam bez zastanowienia i się zatrzymałam, bo tak po prawdzie z 9 czy 8? Pluton ostatnio wypadł tak jakby z planetowych kryteriów. Doktor G. uśmiechnął się szerzej (!) i powiedział że bardzo dobrze, bo wypadł. Jaką rolę w takim przypadku pełniłaby więc definicja regulująca?

Cóż, popatrzyłam na doktora i kminię, i kminię, i kminię, i grzebię w odmętach zestresowanej pamięci, starając sobie przypomnieć co z tą definicją regulującą. Oczywiście nie wpadłam na prosty jak cep fakt, że definicja regulująca REGULUJE wiedzę, o czym poinformował mnie, na całe szczęście dalej szczerze uśmiechnięty (!) doktor G. Potem popatrzył na mnie i powiedział:

-A teraz dwa krótkie pytania z wiedzy ogólnej. Czy Księżyc jest planetą?

- No nie – odpowiedziałam podejrzliwie, bo zajechało mi jakimś podstępem.

- Czy Słońce jest planetą?

- No nie…

-Doskonale, ma pani 5 – i widząc moją minę z serii -> O.O, wyjaśnił – Uratowała pani moją wiarę w ludzi, gdyż koleżanka przed chwilą uważała że w Układzie Słonecznym znajduje się ponad 50 planet, a Księżyc i Słońce są również planetami – powiedział i wpisał piątęczkę.

Potem wyszłam, siadłam na ławeczce i pozwoliłam zjechać szczęce na kolana. Fuks, fart, szczęście jak diabli i pierwszy taki egzamin w moim długim, studenckim, ssającym jak nie wiem, żywocie.

Ejmen!

Odpowiedzi: 2 to “Posesyjnie”

  1. J. Powiedział/a:

    Mistrzostwo świata. ;]

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.