God Gave Me Everything I Want ;)

Posted in Żywot ssający tagi , , on 17/09/2011 by akane171

Wpis wysoce niestrawny! Będzie w nim dużo samouwielbienia, nieskładności, nieobiektywizmu i dobrego humoru. Napisany z potrzeby upamiętnienia… obrony wyrąbistej! I w celu odnalezienia własnego żołądka :)

Trzy lata temu, gdy siedziałam pośród 120-osobowego tłumu, z którego do końca miała dotrwać połowa, a duża część miała okazać się bombowymi ludźmi (w imię zasady, że mam szczęście do ludzi ;D), kołatało mi się po pustej głowie, że wylądowałam tam na trzy długieeeeee lata. W tamtym momencie perspektywa wydawała mi się wybitnie dołująca. No ale wywalenie z polonistyki też odbierałam jako tragedię życiową, a po czasie oprawiłam list informujący mnie o wykreśleniu z listy studentów w ramki… Jak więc widać, pespektywa moi mili, perspektywa robi różnicę.

Ale, ale trzy lata minęły, a ostatni miesiąc zleciał na pisaniu i pierdylionie poprawek mojej kochanej… pracy licencjackiej. Jeśli kiedyś wymyślicie sobie wziąć za promotora sekretarza kardynała diecezji krakowskiej, to się zastanówcie. Dwa razy. Przebijanie się przez zasieki portierów (z których jeden tylko śmiał się pod nosem jak mnie widział pod drzwiami) były zabawne, prawie tak jak odszyfrowanie zapisków, zapisanych wprawną ręką Promotora, dotyczących poprawek. Moja siostra, z kilkuletnim stażem jako polonistka w podstawówce miała PROBLEMY z odczytaniem. Ale mimo tego, nie wyobrażam sobie pisać tej pracy u kogoś innego ;) Będę wielbić do końca mej egzystencji. Mój Promotor był najjaśniejszym punktem podczas całego etapu rodzenia pracy. A rodziła się w bólach gdyż niżej podpisana, naukowym językiem operować NIENAWIDZI.

Drugim najjaśniejszym punktem, o dziwo!, była sama obrona.  W komisji, drogi Promotor; recenzentem kochany człowiek, przed którym niestety niżej podpisana najczęściej robiła z siebie kretyna, no i postrach trzeciego roku, specjalista od filmów (a moja praca, z filmu…). Echem. No ale zgubiłam pod drzwiami żołądek, wlazłam do sali, klapłam na krzesło i czekam na rzeź. A tu pierwsza salwa artyleryjska poszła od strony Promotora. Oczywiście jak to u mnie w zawstydzającej normie, myśl wyprzedziła język i zostawiła go hen, w oddali. A jęzor, pozostawiony sam sobie wygłosił bełkot. Ale chyba do pzrełknięcia, gdyż nastapiło kolejne pytanie. Teraz armaty wycelował specjalista od fimów, dr. hab. B. I tu mogło być Waterloo. Ale o dziwo nie było. Pytanie z cyklu dzisiejsza sztuka a moralność, wpasowała się ślicznie w dzisiejszy pejzaż medialnego szaleństwa wokół pana A. Darskiego, Nergalem zwanego. I ostatnie pytanie, które… o dziwo też siadło. Potem wyszłam i po raz pierwszy wykazałam się elokwencją, gdy na pytanie reszty zestresowanej trzódki odpowiedziałam: Eee, luzik!

Potem wróciłam i znalazłam się w innym wymiarze. Bo komisja zaczęła mi słodzić. Dosłownie. Jaki to ciekawy temat, jak po rozszerzeniu nadaje się na magisterkę, jak dobrym i czytelnym językiem (!!!) napisana. A już padłam jak doktor B. powiedział, że w dopiskach przy recenzji, napisał sobie że praca zasługuje na wyróżnienie! Chrzanić żołądek! Gdzie moja zwisająca szczęka się podziała?! Chyba w życiu tak nie spłoniły mi się uszy  O_O

Potem wyszłam, z piątką!, i powiedziałam sobie, że to przedostatni raz jak oglądam mury tej szacownej uczelni (ostatnim będzie odebranie dyplomu).  I się trochę smutno zrobiło… Ogólnie piętnaście egzamów na sesję ryje mózg (nic nie pamietam z sesji, dosłownie nic, same urywki), soboty na uczleni, gdy cały tydzień ma się zajęcia to mord, niektóre przedmioty wkurzały mnie jak diabli (diabli nie jest tu dobrym wyrażniem, oj nie jest i to nie tylko ze względu na profil uczelni…), ale kurde! Fajnie było! Nie mówię, że będę płakać w poduszkę z tęsknoty, ale ludzie fajni, wykładowcy fajni, zajęcia (no, nie wszystkie ale pokażcie mi studenta zadowolonego z wszystkich swoich zajeć?) fajne. Ogólnie, to był dobry wybór. Na pewno dużo lepszy niż polonistyka UJ, specjalność nauczycielska ;P

Humoru przez długi, długi czas nie zepsuje mi nawet świadomość, że od października czeka mnie kolejne pisanie, kolejnej pracy licencjackiej ;P A przynajmniej mam taką nadzieję ;]

I na pożeganie ;D

Umba, umba, umba!

Posted in Żywot ssający tagi , , on 04/08/2011 by akane171

Opis weekendu czyli tragedia utopiona w deszczu, zalana alkoholem i dobita taką jedną pindą. A było tak…

Zerwałam się z wyra w sobotę, o okrutnej jak na tę porę roku, godzinie 7. Zebrałam się do kupy, ubrałam w ukochaną, wyglądającą jak wyrwaną z krowiego już nie gardła ale żołądka, bluzę i ojciec zawiózł mnie na autobus. Na dworcu ludzi jak mrówków (więcej mamusia nie miała..?) i oczywiście czekają na ten sam bus do Krakowa. I zaczęło lać i wiać, aż mi się zrobiło zimno (MI! Pingwinowi z arktycznych wód!!!). Umba.

Nadjechał autobus z Muszyny, oczywiście zapchany gdzieś do połowy. I tu mała, nieciekawa acz ważna uwaga. Bilety kupuje się w kasach w Muszynie i Krynicy i teoretycznie siada na miejscach zgodnie z numerami na biletach. Teoretycznie, bo w Muszynie część ludzi kupuje u kierowcy (czyli już bez numerków) i siada gdzie popadnie. Wracając do historii. Bus zajeżdża na dworzec krynicki, ludzie się rzucają, ja się wpycham, tzrepocząc rzęsami i korzystając chamsko z kuli przy nodze i sadowię się jak najdalej się da, bo wiadomo że zaraz przylezie jakiś babol z wygimnastykowaną sztuczną szczęką i bardzo „kulturalnie” i głośno oświadczy mi, że siedzę na JEJ miejscu. Nie wiem czy to przez to, że Krynica jest miastem uzdrowiskowym i zjeżdżają tu same specyfiki, którym się zbiera żółci przez rok i muszą ją gdzieś wylać… no ale w dupę jeża, po wczasach powinny być (no nie milsze, bez przesady!) ale mniej wrzaskliwe? A tu umba! Pary w płucach jak w elektorwni w Jaworznie.  No ale mnie ta radosna szopka ominęła, niestety jakiś biedak se siadł. I został przesiedlony w trybie ekspresowym. Chowa się akcja Wisła. Umba!

Obok mnie zasiadł jakiś sympatyczny, gadatliwy starszy jegomość. Po jego konwersacji ze stojącymi sąsiadami wniosłam, że jakby mu się zachciało zagadać do mnie, to straciłabym głos gdzieś koło Brzeska. Założyłam więc słuchawki i twardo udaję że śpię. Gdzieś koło Brzeska (…) szyja wyła mi z bólu, ale to tylko tak na marginesie. Umba!

W Sączu mieliśmy kilunastominutowty przystanek w serwisie bo coś się s… echem, zepsuło i musieli naprawić. Umba!

W Krakowie, jak wiadomo, dworce pks i pkp są obok siebie. Jak wjeżdżaliśmy na dworzec, równolegle z nami wjeżdżał pociąg z (nazwałabym ich kibicami ale się NIE DA) kibolami, zachowującymi się jak na ich przystało, czyli jak stado naćpanych bananami małp. Policji z psami w cholerę i trochę, o umundurowaniu jak na wojnę nie wspominając. Bomba (na szczęście tylko w przenośni). Na całe szczęście jakoś zwiałam. Gubiąc jęzor i płuca, udało mi się dolecieć do galerii i nie miałam do czynienia z wesołą menażerią.

Poleciałam na 19, która przyjechała po 5 minutach. Sukces? A GDZIE TAM! Za Pocztą Główną, cholera pojechała pod Wawel. Zmienili jej trasę, umba. To wysiadłam sobie na Stradomiu z zamiarem złapania  128…, którego tyłek mignął mi tylko jak odjeżdżał z przystanku. Następny za pół godziny. Umba. No to lezę na Grunwaldzkie, w końcu nie daleko. A tam… Przystanek zamknięty. Stoję tam jak ten cieć i tylko słychać stukot mojej szczęki odbijającej się od chodnika. No dobra, w końcu znalazłam przystanek. Ludzi w cholerę, lać zaczęło. Parasol? Hahahaha… Został w domu. Nadjechał bus, wpakowałam się z walizą, jedzie, jedzie i nie skręca w Kobierzyńską. Hm. Czyżby wyremontowali już Grota-Roweckiego? Tak! Spoko, różnica jednego przystanka, dużo dłużej nie będzie, jakieś… Pół godziny bo oczywiście korek (w sobotę o 13, trzeba mieć szczęście, nie?). Umba.

Dojechałam!! Wlazłam do mieszkania, które miałyśmy oddać w ręce właścicielki (zwanej później pindą) następnego dnia. I cóż. I no bajzel. Łazienka do mycia. Kuchnia do mycia. Lodówka do rozmrożenia, mycia i wywalenia w cholerę żarcia (będę mordować we wrześniu, gotować się miłe panie!). No ale, to mnie czekało dnia następnego, teraz trzeba było wywieźć walizkę książek do kochanego Ogrzyka, mieszkającego na drugim końcu Krakowa. Co też uczyniłam, marnując trzy bilety bo jestem debil, ale no cóż, taki dzień. Przy okazji zrobiłam sobie dziury w nowej, pierwszy raz założonej (!) metalowej koszulce Sonaty Arctici (!!), która była droga jak jasna cholera (!!!). Umba do kwadratu. Zataszczyłam cholerstwo do koleżanki, a od niej na wieczorek panieński, który był zakręcony jak lody włoskie, ale był rzadkim w tym dniu promieniem słońca. Albo raczej kroplą (kroplichą?) alkoholu. Grunt że było fajnie, ale cóż z tego jak się trzeba było zbierać o nieprzyzwoicie wczesnej godzinie. Mieszkało czekało. Umba.

Rano wstałam (ten fakt należy odnotować: wstałam! Nie wyczołgałam, spadłam, zleciałam ale WSTAŁAM!) z wyra o spartańskiej 8 rano. I posprzątałam, że mucha nie siada. I co z tego. Właścicielka, zwana od teraz pindą, nie raczyła dać znaku życia. Nie odpowiadała na smsy, telefony. Umba… No ale spoko, musiałam zrobić dwa kursy do siostry z górą rzeczy. Spoko, zgubiłam jakiś kilogram tłuszczu, ale rzeczy dowiozłam. Ha! Ma się te płuca..! Do wyplucia… Echem.  Przyjechała współlokatorka z ojcem (który prawie dostał zawału na widok ilości RZECZY), a pindy nie ma. Dzwonimy, nie odpowiada. Z innego telefeonu, nie odpowiada. Smsy? Zapomijcie. Przyjaciół-sąsiadów nie ma, albo się zamelinowali jakby ich nie było. Kumpela pojechała, ja zostałam na włościach. Pisze do pindy, że rano wyjeżdżam i żeby szanownie dała znak życia. Ostatecznie może dostała zapalenia wyrostka robaczkowego (albo on nie wytrzymał z taką pindą…) i leży gdzieś w szpitalu. Dalej, cisza. To się zebrałam rano i wybyłam do domciu.

Dojechałam, zjadłam obiadek, zostałam wymęczona przez bratanicę. Wracam do pokoju, biorę telefon, a tam smsik. Zgadnie ktoś od kogo? Nie, chciałabym żeby to był Johny Deep, ale niestety. Pinda wstała z grobu i się pyta czy dziś możemy się spotkać i czy chcemy zostać na przyszły rok. Ha ha ha. Nieeeee, nie wyrzuciłam telefonu przez zamknięte okno, ale miałam ochotę. Dzwonię, oczywiście nie odbiera. To jej kulturalnie i eufemistycznie napisałam, że mnie może w dupę pocałować bo teleportów jeszcze nie zbudowali, a ja się nie zmaterializuję w godzinę sto kilometrów dalej. Pinda obesemosowała wszystkie współlokatroki z tym samym debilnym pytaniem. Napisałam, że jak chce, możemy być jutro, odpisała po jakiś 3 godzinach, że niestety nie może (to był cytat). Stanęło, że da nam dwa dni wcześniej znać, kiedy się możemy zjawić. Albo chyba, bo na ostatniego smsa jakoś dziwnie i zaskakująco nie odpowiedziała. O co chodzi pindzie? O kaucję. Chce wymusić, żebyśmy jej zapłaciły nią za sierpień, na bank. Trzeba ją chyba uświadomić jak się spotkamy, co to takiego skarga do skarbówki. I jak mangę kocham, poupycham jej po mieszkaniu ziemniaki w takich miejscach, że ich nie znajdzie. A jak zaczną gnić to tego mieszkania przez dekadę nie wynajmie.

Obawiam się, że istnieje specjalne piekło dla takich jak ja. Znając moje szczęście, w kociołku obok będzie gotować się pinda. Umba.

Lody są be

Posted in Żywot ssający tagi , on 25/07/2011 by akane171

Sajgon, zwany też niecałkowitym zjazdem rodzinnym, w pełnym rozkwicie. Młoda (l. 2.5) zdążyła mnie już podeptać, znokautować gumowym zającem, przynieść i pokazać wszystkie figurki kotów znajdujących się w domu  (średnio co godzinę) i prawie zesikać się na dywan. Z niecierpliwością czekam na dalsze atrakcje, w końcu to dopiero drugi dzień, sic!

Za to mój kochany brat łazi i marudzi. Powód -> lody. Coś mu nie smakowały słynne krynickie lody ze  Śnieżynki, do których w dni, w które ma się ochotę na loda (bez podtekstów, zboczeńcy!) zazwyczaj kolekja na godzinę stania. W Krynicy nigdy nie stało się za papierem toaletowym ale za lodami (nie żebym pamiętałą te dawne czasy…). No ale lody się coś schrzaniły, bo brat uznał że malinowe były niedobre i kupił pudełkowe. Nawet je podzielił i poroznosił reszcie ludziów, mnie w to włączając. Podejrzane, pomyślałam wspominając nasze słynne zamierzchłe wojny o pilota. Za to już niepodejrzanym, za to oczywistym było, gdy przylazł po raz drugi i wpakował mi swoją porcję na talerz. Tak, zgadliście. Bratol uznał je za niejadalne, a ja nie spojrzę na lody przez następny miesiąc. Z całej tej lodowej frustracji brat się wziął za robienie placków ziemniaczanych. Bez lodów.

Byłam dziś w moim kochanym licealnym mieście w celu poszukania materiałów do artykułu na praktyki. Przy okazji wzięłam i oddałam plecak książek, o które potykałam się od jakiegoś czasu. Poczułam się prawie jak dobry człowiek, gdy bibliotekarka z zachwytem je wzięła. I chwała niebiosom, mają filię młodzieżową więc pozbędę się Zmierzchu. Taaaaak. TEGO Zmierzchu. Chciałam spróbować na własnej skórze cóż to za cudo, nad którym wszyscy tak pieją. Doszłam chyba do jednej trzeciej, smażąc przy okazji legion szarych komórek. Biedne, nie zdechły za ważną sprawę. Lepiej byłoby je utopić w alkoholu :<

Sny dalej dzielnie spisuję i widzę poprawę. Dziś śniło mi się, że siedziałam w bibliotece i szukałam informacji do artykułu. Dziś przyśni mi sie jak latam z nocnikiem za Młodą…

I sportowo na koniec: Urugwaj wkopał Paragwajaowi na Copa America i został po raz piętnasty mistrzem kontynentu! Vamos Celestes! ;D

D:

Posted in Żywot ssający tagi , on 23/07/2011 by akane171

Taką minę jak w tytule mam od jakiś 20 minut. Powód: kochani rodzice,  a któżby  inny. Ale najpierw tytułem wstępu.

Moje kochane, starsze rodzeństwo sztuk trzy, porozjeżdżało się po Polsce mniej więcej pięć lat temu. Dlatego też pokój, który zajmowali, znajdujący się na szarym końcu domu,  stał się swego rodzaju graciarnią. Stoją tam wszelkie bety, których nie zabrali ze sobą, stare meble się kurzą, myszy harcują, mole się plenią. Plus rodzice znoszą tam swoje rzeczy. Mamuśka ciuchy, zasłonki, czyste pranie, kłębki wełny etc. Ojciec gablotki ze swoimi robalami, akwaria z żywymi okazami itd.  Kiedy wpadam z Krakowa zazwczaj właśnie tam przesiaduję (same plusy: daleko od kuchni, więc nikomu nie chce się tu wlec.  No i można się zabić w ciemnym korytarzu potykając się o jakiegoś pająka mutanta albo cuś). Jak wpadają siostry oczywiście śpią właśnie tam. Jednak gdy wpada brat, sytuacja się zaostrza. Brat traktowany jest, przynajmniej przez ojca, jak GOŚĆ. Albo jak półbóg. Bo brat ma ŻONĘ. A z ŻONĄ mają CÓRKĘ. Czyli ojciec ma WNUCZKĘ. I takim oto sposobem mój brat został wykopany własnonożnie przez mojego ojca  na pozycję w hierarchii rodzinnej na wyżyny niedostępne nawet dla mojego ojca (w tym zdaniu powinny być jakieś 3 przecinki, pojęcia nie mam gdzie. Już nie mówiąc, że jest nielogiczne… Ale fajnie brzmi^^). A po przydługawym wstepie przejdę do sedna.

Jak się pewnie domyślacie, brat przyjeżdża dziś w nocy. Ojciec więc jest w trybie alarmu wojennego. Już pal licho, że właśnie myje czystą podłogę w kuchni i nakupił tyle owoców, że będziemy to żreć (tudzież niepostzreżenie wywalać zgnitki) przez tydzień. Poinformował mnie wcześniej, że trzeba „powynosić, a nie POUKŁADAĆ, rzeczy z pokoju”. Miał oczywiście na myśli pościel naskładaną tam przez mamuśkę, bo oczywiście swoje akwaria powynosił kilka godzin wcześniej. Spryciula jedna.  Wpada do pokoju i  rozpoczyna rekonesans. Ja sobie siedzę i pisze na kompie, a on szuka tej pościeli niczym Amerykanie broni chemicznej w Iraku. Ja udaję głupa i nawet nie wpsoimnam, że  pościel jakiś czas temu ładnie poskładałam, dałam z  resztą pościeli mojej siostry na łóżko i przykryłam narzutką. A ojciec szuka tej pościeli, szuka ale nic. Porażka na całej linii niczym wspomnianych Amerykanów. Nie spytał się oczywiście gdzie jest. A po co. Znalazł sobie za to inny obiekt wojskowy do storpedowania. Łóżko brata.

-Pościel jest brudna?

- Zmieniłam ją chwilę temu.

Co zrobił sir ojciec? Podszedł, wygładził pięć zmarszczek na krzyż i zasłał kocem. Taaaa, jak bratol przyjechałby o tej trzeciej nad ranem i zobaczyłby te zmarszczki, o zgrozo!!, to na stówę by sobie pomyślał, że w domu same bałaganiarze mieszkają. A że ojciec wziął koc, który specjalnie dałam na to trzydziestoletnie, odrapane, chwiejące się krzesło, z którego zwisa tysiąc szarych (jakieś 10 lat temu zielonych) nitetk, to nic. A ja wspominam o tym tylko dla własnej, wrednej satysfakcji. No ale co ja tam mogę wiedzieć o estetyce i w ogóle…

Z łóżkiem też była dobra sprawa, tylko że z mamuśką. Gdy się brałam za wspomnianą zmianę pościeli, uczynnie i z wielką powagą, powiedziała: Pamiętaj, najpierw trzeba ZDJĄĆ starą pościel, potem nową przewrócić na drugą stronę, chwycić kołdrę za rogi i …”. I tu mój mózg wszedł w tryb alarmowy i przestał słuchać w obawie, że mu się szare komórki zagotują. Pięć lat na studiach, pięć lat samodzielności. A ja i tak według niektórych nie wyrosłam jeszcze ze śpioszków. Kto jeszcze uważa mnie za ciamciaramcię ręka w górę…

I tak, dajel spisuję durne sny. Dzisiaj było ich cztery. Mnożą się cholery jak króliki, a ja je mam spamiętywać D:

Głupotki

Posted in Żywot ssający tagi , on 22/07/2011 by akane171

Postanowiłam zapisywać swoje durne sny. Powód prosty, podobno pozwala to na świadome śnienie. Znając swój słynny słomiany zapał, znudzi/zapomni mi się po tygodniu. Ale wczoraj w nocy położyłam karteluszek z ołówkiem koło lampki i grzecznie poszłam w kimono. Jako że często budzę się w nocy, była nadzieja na kilka soczystych snów.

W pierwszym Djokowic grał z Nadalem.  Nie ma w tym nic dziwnego, skoro sezon tenisowy rozkręcony, a panowie ostatnimi czasy sporo ze sobą grywali. Ja natomiast trzymałam parasol nad Nadalem podczas przerw. Bosssko. Ale obudziłam się, zapisałam i przewróciłam na drugi bok.

Drugi był zabawny. Były w nim dwa kościoły. Moja wesoła grupka ludzi (całkowicie mi nieznanych) wlazła do nowego, w którym z szybkością błyskawicy zmieniały się mozaiki, a pod sufitem, na huśtawce (?!) bujała się dziewczyna przebrana za złotego aniołka. Nie byłoby może to aż tak dziwne gdyby nie dołączył w końcu do niej dość ponury ksiądz. Bez kostiumu aniołka, za to w sutannie. Obudziłam się, zapisałam, poszłam spać.

I tu dochodzimy do najlepszego momentu. Rano obudził mnie tatuś, który wparował do pokoju, pogrzebał w swojej szafie i wyparował równie szybko do kuchni. Wzięłam kartkę do ręki, a na niej nic. Zero. Śniło mi się więc, że śniłam i zapisywałam sny. Czad. Ciekawe tylko czy był to jeden sen, czy trzy: pierwszy o tenisistach, drugi o kościele i trzeci, w którym pamiętałam o dwóch pozostałych i spisywałam je na kartce.

A czemu spisuję pierdoły na blogu? Cóż, wakacyjny plan odrdzewiania zdolności pisarskich (zakładamy, że je posiadam). I cóż, no. Alternatywą jest kończenie pracy licencjackiej, więc sami rozumiecie…

Posesyjnie

Posted in Żywot ssający tagi , , on 21/07/2011 by akane171

W końcu, po miesiącu obijania się, nicnieróbstwa i regenującej wegetacji czas na podsumowanie sesji (Chyba słodkie opieprzanie trwało troszkę za długo, gdyż właśnie napisałam podsÓmowanie. Komentarz zbędny…). Na całe szczęście nie była to najgorsza sesja w moim studenckim życiu (chociaż kto wie? obrona przede mną), 10 egzaminów to po doświadczeniach ostatniego roku prawie wakacje…. (Tja jasne, NIGDY WIĘCEJ!!!)

Echem, wracając do tematu. Chyba każdy z nas, biednych studiujących przeżył (albo i nie, kwestia sporna) egzamin, który będzie z łezką w oku opowiadał swoim wnukom. Mój przeżyłam w tym roku. A było to tak:

Po dwugodzinnych męczarniach pisemnych z angola (jeśli kiedykolwiek zachce mi się jeszcze raz poziomu C1, niech mnie ktoś miły kopnie w mój durny zad, proszę…), poczłapałam na pierwszy, ustny termin z metodologii badań społecznych (brzmi tak samo cudnie jak się tego uczyło, zapewniam…). Pod pokojem zeznań siedziała już duża grupka znajomych skazańców w stadium lekkiej głupawy, pierwszy skazaniec spowiadał się ze swej niewiedzy doktorowi G.

Tu warto zaznazyć, że egzamin teoretycznie był prosty jak barszcz. Wchodziło się pojedyńczo (więc automatycznie robiło się bałwana przed jednoosobową widownią i nie było niebezpieczeństwa dostania uwalającego pytania spadkowego, kochanego przez wszystkich studentów). Można było mieć ze sobą również własnoręczne notatki z wykładów i szperać w nich gdy się nie znało odpowiedzi. Tylko debil by nie zdał? Otóż NIE. Zeróweczkę oblało kilku delikwentów, którzy dostali pytania niby z wykładu, ale raczej z kosmosu, po których zostali zaproszeni na kolejny termin. Warto zaznaczyć, że doktorantka, z którą mieliśmy ćwiczenia i która siedziała z nami przed egzaminem, sama wywaliła gały na niektóre pytania (a potem poszła do kantorka, pogrzebała w internecie i przyniosła nam wydrukowane odpowiedzi. Czynem tym prawie zamazała nadany jej tytuł najbrdziej czepiającej się kobiety ever).

Jednak jak do tej pory wszyscy przesłuchiwani wyłazili spoceni, na chwiejnych nogach ale co najmniej z trójami. Łatwo się domyślić, że doktor G. nie chciał oglądać naszych paskudnych gęb we wrześniu. Trudno mu się dziwić.

W miarę trwania egzaminu pytanai robiły się jednak coraz „ciekawsze”, doktorantka częściej kursowała do kantorka, a my mieliśmy coraz bardziej głupawe miny. Trudno się dziwić, że w końcu korytarz rozbrzmiał nuconym i wystukiwanym Marszem Imperatora z Gwiezdnych Wojen.

Do pokoju weszła w końcu dziewczyna, którą z dobroci serca puściłam przed sobą (była godzina 20.15), a sama zajęłam się uspokajaniem żołądka. Dziewczę wyszło w końcu z „ledwo tróją”, blade jak trup, a ja przywitałam się z wrześniem i weszłam do pokoju zeznań.

Gdzie przywitało mnie otwarte na oścież okno, muzyczka grana z komuptera (!) i uśmiechnięty (!) doktor G. Położyłam notatki przed sobą i przygotowałam się na pytanie z definicji nominalnej, mylącej mi się z realną, która to rąbała się z całym tabunem innych, robiąc mi z  mózgu niezłą sałatkę. A doktor G., z uśmiechem (!) zapytał się jakbym zdefiniowała pojęcie planety.

Niżej pospisana wydukała ładną regułkę kojarzoną ze szkoły (jako że astronomia była jedyną częścią fizyki, na której nie czułam się jak blondynka, którą jestem). Ślicznie, co to więc jest Układ Słoneczny. Składa się z 9 planet, wypaliłam bez zastanowienia i się zatrzymałam, bo tak po prawdzie z 9 czy 8? Pluton ostatnio wypadł tak jakby z planetowych kryteriów. Doktor G. uśmiechnął się szerzej (!) i powiedział że bardzo dobrze, bo wypadł. Jaką rolę w takim przypadku pełniłaby więc definicja regulująca?

Cóż, popatrzyłam na doktora i kminię, i kminię, i kminię, i grzebię w odmętach zestresowanej pamięci, starając sobie przypomnieć co z tą definicją regulującą. Oczywiście nie wpadłam na prosty jak cep fakt, że definicja regulująca REGULUJE wiedzę, o czym poinformował mnie, na całe szczęście dalej szczerze uśmiechnięty (!) doktor G. Potem popatrzył na mnie i powiedział:

-A teraz dwa krótkie pytania z wiedzy ogólnej. Czy Księżyc jest planetą?

- No nie – odpowiedziałam podejrzliwie, bo zajechało mi jakimś podstępem.

- Czy Słońce jest planetą?

- No nie…

-Doskonale, ma pani 5 – i widząc moją minę z serii -> O.O, wyjaśnił – Uratowała pani moją wiarę w ludzi, gdyż koleżanka przed chwilą uważała że w Układzie Słonecznym znajduje się ponad 50 planet, a Księżyc i Słońce są również planetami – powiedział i wpisał piątęczkę.

Potem wyszłam, siadłam na ławeczce i pozwoliłam zjechać szczęce na kolana. Fuks, fart, szczęście jak diabli i pierwszy taki egzamin w moim długim, studenckim, ssającym jak nie wiem, żywocie.

Ejmen!

Co było, a nie jest

Posted in Żywot ssający on 17/06/2011 by akane171

I stało się! Ostatni egzamin na dziennikarstwie (obrony nie wliczamy) zdany. DZIWNE uczucie. Gdzie wsysło te trzy lata?! Przecież ja to dopiero zaczęłam!! Mogę dokładnie powiedzieć w którym miejscu siedziałam na pierwszym wykładzie, kto go prowadził, co gadał i w którym momencie przestałam notować, w którym słuchać, a w którym kontaktować… Echem.  Jak dziś pamiętam, jak wzdychałam nad swym smutnym losem, jak mi się koniec starsznie odległy wydawał. A tu raz, dwa, trzy i koniec. Ja wiem, że im człowiek bardziej posunięty w latach tym mu szybciej leci (czas, inne rzeczy raczej wolniej…) ale to już przesada. Żal ludzi, żal kochanych murów, żal drogich profesorów i ciekawych, poszerzających horyzonty zajęć… No dobra, trzy ostatnie stanowiska ociekają ironią ale po znajomych to mi się łezka w oku kręci i nie jedna poduszka w nocy zamoczy. I powzdycham nad takim wstępem do teologii i propedeutyką biblijną. Albo formacją duchową dziennikarza roboczo zwaną katechezą. Moje życie bez tych zajęć stało się tak ubogie, a dziennikarskie alter ego normalnie tnie się w kącie…

A teraz (chociaż trochę) bardziej poważnie:

KONIEC!!! PRZEŻYŁAM!!! WOLNE SOBOTY, BANZAI!!! MAMUSIA NADCHODZI!!! ;D

p.s. Notka pisana z tygodniowym opóźnieniem. Chyba musiałam wyjść z szoku ;]

Miało nie być, a jest

Posted in Żywot ssający on 10/04/2011 by akane171

10.04. Sławetna data, której daję dziś spokój. Nie zamierzam uczestniczyć w medialnej (niestety) szopce. Dzisiejszy dzień przepłynie pod znakiem braku telewizji, radia i internetowych newsów. I tyle w tym temacie. Wróć. A jednak to nie koniec. Pierwszą piosenką, która dzisiaj zabrzmiała z dezelowanych głośniczków było Dead Bodies Everywhere, Kornu. Dopiero w połowie załapałam kontekst. Ech ta podświadomość… Swoją drogą… właśnie sobie przypomniałam, że równy rok temu na obiedzie u koleżanki była kaczka w jabłkach… Będę się smażyć w jakimś specjalnym piekle…

 

Buka will freeze your sorry ass

Posted in Żywot ssający tagi on 05/04/2011 by akane171

Na kochanym angielskim C1 (niestety nie należy mylić z citroenem ani wybuchową techniką jednego gościa z Naruto) gnębimy i mordujemy… okresy warunkowe. Tak, okresy warunkowe, oczy Was nie mylą. Dobra, może i nie jest to zły pomysł, bo autorka poniższego tekstu jest ekspertem w wyłączaniu własnego mózgu przy najprostszych przykładach (więc trening się jak najbardziej przyda), ale…

Dostaliśmy zadanka z cyklu skończ zdania. Nic prostszego, sama przyjemność normalnie.  Do czasu jak się nad nimi siądzie i nie zaczną atakować Was durne, durniejsze i durne do kwadratu pomysły. Przykład:

The grass would look better – if you pissed on it.
If the volcano starts erupting – get the fuck out of there.
If you uncle sees you – he’ll beat the crap out of you.
If you you leave the gate open – Buka will come and freeze your sorry ass

I lista idzie i idzie, przykładów dwadzieścia z hakiem, a człowiekowi same takie pomysły przychodzą i zostają w głupiej głowie. Nie wiem czy to wina jakże wymagających przykładów czy późnej (zerka na zegarek: 21:48…) godziny. Fakt, faktem , jutro na angolu będzie zabawnie. Będzie tym zabawniej, że mamy go o 8 rano a mój mózg, wredna, zdradziecka bestyja!, budzi się koło 10… I jak tu nie robić z siebie głąba?  Ano nie da się, głąb zasadzony i jutro zakwitnie, aż pyłek poleci.

Kulturoznawstwo zawęża horyzonty ;P

Posted in Żywot ssający on 14/02/2011 by akane171

Kolejny dowodzik na to, że ludzie na kulturoznawstwie dalekowschodnim są (eufemistycznie rzecz ująwszy) PORĄBANI.

Zamieściłam sobie na fejsie niewinną fotkę zrobioną ze schodów mojego domku:

 

 

A teraz rozmowa, która rozwinęła się pod nim:

FChK: ja bym zjadła…

Ja: daniele są łykowate ;)

K: jeleń chce ci opierdolić lodówkę!

Ja: danielica a nie jeleń, łosiu jeden! ;P

FChK: nie jadłam, ale myślę że wystarczy długo gotować :P

Ja: To jest studenckie podejście, podoba mi się ;P

K: Ty sie nie zastanawiaj co to za gatunek! To coś OPIERDOLI CI LODÓWKĘ!!!!

MWF: To Barlog!

K: You shall not pass!!

Ja:… Ok, ja sie w Gandalfa nie bawię!!

MWF:

Gandalf: You shall not pass!
Balrog: Spadaj.
Gandalf: Okie dokie.

 

 

Ja:

Gandalf: Come with me for a drink!

Barlog: =^^=

 

K: w tym przypadku chyba:
Balrog: Nom Nom Nom
Gandalf: What?!
Balrog: Nom Nom Nom Opierdoliłem Ci Lodówkę Nom Nom Nom
Gandalf: NOOOOOOOOOOOOOO! < falls down into the abyss >

 

MWF:

Gandalf: Come to my place. Take the whip.
Balrog: <trzepocze rzęsami>

 

K: fucking hentai x.x

MWF: Ciekawe czy Barlog ma tentacle…

Ja: Trzeba Gandalfa zapytać ;)

MWF: To będzie wysoce nieeleganckie…

Ja: To Froda ;]

‎MWF: „Did you know that the Lord of the Rings is gay? There’s this big, black tower, right? And it points right at this huge burning vagina thing, and its like the symbol of ultimate evil. And then Sam and Frodo have to go to this cave and depo…sit their magic ring into this hot, steaming lava pit. Only at the last minute, Frodo can’t perform, so Gollum bites of his finger. Gay.”
Przypomniało mi się :D

Ja: Ale swoją drogą: Z cyklu w jaki zajebiście nienormalny sposób DW pociągnie rozmowę na temat niewinnego zdjątka xD

MWF: X + DW + 5 minut = yaoi, gdzie X – dowolny temat.

Ja: No i hentai! Nie zapominajmy o hentajach! Plus Hello Kitty… Martwe Hello Kitty ;]

MWF: I szlag trafił walentynki… :P

 

Cóż tu pisać, powiem krótko: kocham, wręcz uwielbiam ludzi z moich studiów ;] Przyjemność ze studiowania wzrasta wprostproporcjonalnie do ilości świrów wegetujących na danym kierunku. A przynajmniej w moim wypadku ;)

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.